Czas realizacji badania ERT – od pomiaru do gotowego raportu i odwiertu
Prowadzę średniej wielkości gospodarstwo rolne w powiecie dębickim na Podkarpaciu. Uprawiam warzywa gruntowe, które wymagają regularnego nawadniania, zwłaszcza w przedłużających się dniach suchych. Kiedy podjąłem decyzję o budowie profesjonalnej studni głębinowej pod system nawadniania, najbardziej obawiałem się dwóch rzeczy: braku wody po kosztownym odwiercie oraz tego, że cała procedura zajmie mi pół sezonu. W rolnictwie czas to nie tylko pieniądz, to być albo nie być dla plonów. O metodzie elektrooporowej ERT od firmy poszukiwaniawody.pl dowiedziałem się od znajomego sadownika spod Sandomierza. On twierdził, że to jedyna pewna droga na naszych trudnych, podkarpackich ziemiach, gdzie raz masz glinę, a metr dalej litą skałę.
Skontaktowałem się z firmą przez formularz na stronie https://poszukiwaniawody.pl/kontakt/ i tutaj muszę być szczery – na sam przyjazd ekipy w szczycie sezonu musiałem poczekać ponad tydzień. Jeśli ktoś myśli, że zadzwoni pod numer ze strony i specjaliści będą u niego następnego dnia, to może się rozczarować. Popyt na ich usługi na Podkarpaciu i Lubelszczyźnie jest ogromny.
Samo badanie na mojej działce trwało kilka godzin. Ekipa rozstawiła sprzęt, wbiła elektrody i „prześwietliła” grunt. To, co najważniejsze dla kogoś, kto się spieszy: wstępne wyniki i wskazanie najbardziej obiecującego miejsca otrzymałem zaraz po zakończeniu pomiarów, jeszcze przy kawie na podwórku. Technik pokazał mi na ekranie komputera, gdzie opór elektryczny wskazuje na wodę, a gdzie będziemy bić w suchy kamień. Dzięki temu mogłem już tego samego popołudnia potwierdzić termin z wiertnikiem, nie czekając na oficjalne papiery.
Na pełny, oficjalny raport w formacie PDF czekałem dokładnie cztery dni robocze. Dokument był bardzo szczegółowy – zawierał profile geofizyczne, dokładną lokalizację GPS RTN i interpretację geologiczną. Dla mnie, jako rolnika, najważniejszy był konkret: na jakiej głębokości spodziewać się warstwy wodonośnej. Operat przekazałem ekipie wiertniczej, co znacznie ułatwiło im dobór odpowiednich świdrów i rur.
Czy warto było czekać? Moim zdaniem tak. Choć od pierwszego telefonu do wbicia pierwszej rury minęło łącznie około dwóch tygodni, to zyskałem spokój ducha. Wierciliśmy na 42 metry, dokładnie tam, gdzie wskazało badanie ERT. Woda jest, wydajność pozwala na jednoczesne zasilenie trzech sekcji zraszaczy. Gdybym poszedł na żywioł i kazał wiercić „gdzieś tam”, pewnie do dziś łatałbym budżet po nietrafionym odwiercie. Proces nie jest błyskawiczny, ale w mojej ocenie rzetelny. Jeśli komuś zależy na czasie, radzę kontaktować się z nimi z dużym wyprzedzeniem, zanim susza zrobi pierwsze straty.





